poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Spring Vibes, kolia

Chyba nie muszę tłumaczyć skąd taki kolorowy projekt ;) Wiadomo! Wiosna. A tak serio, to moja propozycja konkursowa na tegoroczny, kalendarzowy konkurs Royal-Stone właśnie w temacie "wiosna". W tym roku uległy zmianie zasady konkursu, co mnie bardzo cieszy! Jest więcej czasu na stworzenie pracy, techniki ze sobą nie konkurują, ale trzeba dostosować projekt do wyznaczonej palety kolorystycznej (przynajmniej jednego koloru z palety), poza tym - pełna dowolność.

Musiałam więc ruszyć zardzewiałymi komórkami mózgowymi i coś zaprojektować. Odrobinę zniechęcały mnie kolory, bo ani nie lubuję się w różu i pastelach, ani specjalnie nie ma idealnych odpowiedników w koralikach. Tym sposobem moja wiosna to kwiat wiśni - wiadomo - różowy i ala koliber w rajskich kolorach.



Te kwiatki mogliście już u mnie zobaczyć, wykonałam podobne w innej kolii. Są jednak trochę udoskonalone i mniejsze. Zresztą możecie niżej zobaczyć porównanie.


Lubię haftować kwiaty i chociaż męczą mnie wszelkie powtórki, to do tych motywów chętnie wracam.


Kwiatki, czego nie widać na pierwszy rzut oka, mają wystające pręciki. To miłe urozmaicenie płaskiej formy haftu, no i można je miziać ;)


Do haftu kwiatków użyłam koralików Toho w najmniejszym rozmiarze, w głównie 3 kolorach - jasnoróżowym, białym i malinowym. Pręciki początkowo miały wierniej odwzorowywać rzeczywistość, ale żółte akcenty nie pasowały mi do koncepcji. Zmieniłam więc na bardziej stonowane.


W kwieciu radośnie baluje ptaszek, roboczo nazwany koliberkiem, jednak niewiele ma wspólnego z tym małym stworzeniem, chociażby w kwestii umaszczenia.

Chciałam by "fruwał", niemal unosił się w płatkach kwiatów. Postawiłam więc na fakturę. Skrzydła szyte ściegiem wstecznym z kilku rozmiarów koralików wydają się ciąć powietrze. Możliwe jednak, że poniosła mnie wyobraźnia ;)

Ptaszek niemal w całości wyhaftowany jest czeską Preciosą, której kolory nigdy nie zawodzą. Gorzej z rozmiarówką. Główka to mój ostatni preciosowy nabytek - satynowe koraliki Cut w fantastycznych kolorach!

Brzuszek to haft chaotyczny i mnóstwo kryształków różnej maści. Trudno spasować ich kolory z koralikami, więc użyłam tego, co mi wpadło w ręce. Kompletna improwizacja i największy stres. Ptaka prułam chyba trzy razy.

Szyjąc tę kolię, starałam się jak najwierniej trzymać wyznaczonej palety, chociaż nie trzeba było wybierać wszystkich kolorów, wystarczył jeden. Z drugiej strony, gdybym dodała własne propozycje, byłoby mało wiosennie. Chodził mi po głowie czarny jako tło :p

Tył podszyłam naturalną skórą w zielonym kolorze. Mój egzemplarz ma specyficzną, lekko wygnieciona fakturę i delikatnie perłową poświatę. Jest naprawdę ładna.


Zapięcie jest magnetyczne, bardzo mocne. Kuleczki ametystu i fasetowane kryształki połączyłam supełkami na jedwabnej nici. Zielone kulki to jadeit, a ich wybór pozostawiłam mężowi.
Zdjęć z procesu tworzenia tym razem nie będzie.

Kolia, gdy jest nowa,  jest dość sztywna, ale ma to do siebie (dzięki filcowi, skórze i cienkiej tekturce w środku), że szybko dopasuje się do dekoltu. Jednym słowem, wygodnie się uleży. A że raczej jej sobie nie zostawię, to założyłam ją tylko raz, do sesji. Nawet specjalnie umalowałam się w koliowych barwach ;) Cienia na powiekach nie widać dokładnie, bo mam taką a nie inną budowę oka, ale to przepiękny szmaragd o nazwie Absynt. Niekoniecznie mi pasuje, ale uwielbiam ;) Szminkę mniej. Była omyłkowym zakupem, ale się przydała :)

Na moją pracę, a także na inne, które wpadną Wam w oko, możecie zagłosować w albumie konkursowym na facebooku --> klik



Będzie mi miło, jeśli dacie mi łapkę, serduszko, czy inną emotkę lub zostawicie komentarz w albumie. Głosować można do północy 19 kwietnia.

Dajcie znać, co o niej myślicie i czy nosilibyście coś tak barwnego.

środa, 4 kwietnia 2018

Turquoise dream, broszka

Tę broszkę zaczęłam robić jeszcze w zeszłym roku, ale że nie była artykułem pierwszej potrzeby, to rozgrzebaną odłożyłam do pudelka. Gdy wreszcie uznałam, że przyszedł na nią czas, bo wstydem okrywa mnie jej niedokończone wnętrze, dotarło do mnie, że jest jakaś taka "łysa".

Minimalizm i ja to pojęcia, które się wykluczają, ale robiłam wszystko, by ta broszka była "spokojniejsza" od innych moich prac. Brakuje mi nierzucającej się w oczy biżuterii. Niestety moja wewnętrzna natura sroki zawsze wydziera dzioba w proteście i kończy się na tym, że jej ulegam. Tak było i tym razem, bo to co widać poniżej, to wersja po kilku pruciach ;)


Punktem wyjścia był plaster nieregularnego howlitu, który bardzo dobrze udaje turkus. Kamyk jest na tyle ładny, że chociaż unikam wszelkich podróbek, również w kamieniach, uznałam że ma w sobie jakąś szlachetność. 

Niestety trudno opleść taki okaz tradycyjnymi metodami. Dlatego zdecydowałam się na square stitch, myślę że dobrze tu pasuje.

Dla kontrastu postanowiłam dodać odrobiny fioletu i bordo. Te małe kuleczki to szklane bicone, fasetowane granaty, jadeity, malachit i hematyt, jest też maleńka perła. Lubię takie połączania i chętnie po nie sięgam w swoich pracach.

Kropką nad "i" było dodanie jakiegoś "dyndadełka". W tej roli wystąpiła kropla fasetowanego granatu, którą kupiłam specjalnie do tego projektu, chociaż przy okazji innych zakupów. Wcześniej zawiesiłam szklaną kropelkę Drop 10x6 mm, ale jej kolor nie był taki, jaki chciałam. Z wiekiem pogłębia mi się wiele trudnych do zniesienia cech, a jedną z nich jest przesadny perfekcjonizm. Niestety skutkuje to tym, że coraz mniej rzeczy doprowadzam do finiszu, bo mi coś w nich nie gra. Zwykle to "coś" to drobnostka, jak jeden koralik. Sama z sobą ledwo wytrzymuję ;)


Broszka nie jest duża, chociaż przyznaję, że relatywnie ciężka. Całkiem fajnie wygląda na sweterku.


Tył podszyłam ciemnozieloną skórą naturalną o lekkim połysku. Zapięcie wyjątkowo bez mechanizmu zabezpieczającego, ale to egzemplarz dla mnie, więc może być.

Bardzo dawno nie robiłam broszek z kamieniami w roli głównej, ostatnio skupiam się raczej na kryształkach i koralikach, co jest całkowicie w porządku, ale jakaś odmiana zawsze mile widziana. Mam nadzieję, że moja nowa broszka przypadła Wam do gustu.

Pozdrawiam kwietniowo!

poniedziałek, 19 marca 2018

Honeycomb, naszyjnik

Czasem mam tak, że jak coś mi się spodoba, to muszę to mieć, nieważne ile czasu mi to zajmie. Tym razem ogromnie chciałam zrobić sobie coś na wzór mojej kolii, ale mniejszego, bardziej zwykłego. Chociaż sama nie wiem, czy można mówić o zwykłości w kontekście tak kolorowej biżuterii. Nie oszukujmy się, rzuca się w oczy, ale tak jakby mniej niż kolia. No więc wzięłam się do roboty. Kilka miesięcy temu. 
Tę pracę robiłam rekordowo długo. Po prostu grzebałam się jak mucha w smole, co chwila zmieniając koncepcję. A zaczęło się od plastra żółtego agatu, który przypominał mi wielką kroplę spływającego miodu. 

Chciałam go pierwotnie zestawić z onyksową cykadą, ale cykada to nie pszczoła, więc koncepcja padła. Potem w sprzedaży pojawiły się metalowe bazy, które skojarzyły mi się od razu z plastrem miodu. 

Bazy nakleiłam i dla pewności przymocowałam w kilku miejscach nicią monofilową. Wydaje mi się, że dobrze pasują do mojej koncepcji.


Plaster agatu na moje nieszczęście należał do nieregularnych i porowatych na brzegach, więc obszycie go było wyzwaniem. Zrobiłam w tym celu miks kilku ocieni topazów od Miyuki i Toho Treasure. Ostatnie rzędy usztywniłam dodatkowo żyłką.


Mak nawiązuje do wspomnianego wcześniej projektu. Kwiaty w hafcie koralikowym to wdzięczny temat i z przyjemnością do niego powróciłam. Ten maczek jest nieco mniejszy niż poprzedni, ale większy raczej by tu nie pasował. Zresztą, sami oceńcie.


Przyznam szczerze, że marzy mi się makowa broszka, ale mam tyle "odjechanych" pomysłów, że za każdym razem wychodzi z tego coś większego, a broszka przecież nie może być monstrualna.

Tył podszyłam brązową skórą naturalną.

Całość zawiesiłam na łańcuszku ze stali chirurgicznej, urozmaiconym naturalnym koralem. Sama nie wiem, czy tak do końca odpowiada mi to rozwiązanie. Chyba wolałabym, aby całość była dłuższa, w formie rasowego wisiora, więc pewnie kiedyś zmienię nośnik.


Mam nadzieję, że podoba Wam się mój nowy naszyjnik. Dajcie znać. co o nim myślicie i czy chcielibyście zobaczyć jeszcze jakieś koralikowe kwiaty w moim wykonaniu. Bo przyznać muszę, że poza brakiem czasu dokucza mi czasem kompletny brak pomysłów. Chyba się starzeję.

Pozdrawiam ciepło!

poniedziałek, 5 marca 2018

Skagen by DROPS Design, sweterek

Nie jest to co prawda mój debiut, ale z całą pewnością jest to pierwszy sweter, który nadaje się do noszenia. Pacholęciem będąc, czyli gdzieś w liceum, miałam ambicje dziewiarskie niewspółmierne do umiejętności, co nie przeszkadzało mi wydziergać sobie kilku okryć wierzchnich. O zgrozo, nawet je nosiłam. Niestety widziałam się w nich po latach na zdjęciach i doszłam do tylko jedynego pozytywnego wniosku, że odwagi mi nie brakowało. Ale nic to, minęły dwie dekady i wreszcie się dorobiłam noszalnego swetra handmade :)

Do przedsięwzięcia przygotowałam się skrupulatnie, wybierając projekt (żadnego fristajlu), kompletując włóczkę i szkoląc umiejętności - głównie w kwestii raglanu, który był mi obcy.


Projekt nazywa się Skagen i jest darmowy. Znalazłam go na stronie producenta włóczki --> klik Jak pewnie zauważyliście klikając link, moja wersja różni się od oryginału prostym dołem. Po upraniu swetra doszłam do wniosku, że nie podoba mi się taki "frak" i go przerobiłam.


Wylazła ze mnie tradycjonalistka :) Taka wersja podoba mi się jednak bardziej, a skoro mam go nosić, to niech będzie jak należy ;)


Ale od początku. Kilka miesięcy temu, korzystając z promocji, wrzuciłam do koszyka włóczkę Fabel long print od Dropsa z myślą o skarpetkach, których nie zrobiłam. Motek sobie leżał bez celu, a że bardzo mi się podobały jego kolory, postanowiłam pogłówkować, co z niego zrobić.


Z tego całego myślenia nie zrodziło się nic dobrego dla mojego portfela, niestety. Skończyło się na zakupie kilku kolejnych Fabeli i Lace'ów, bo pojedyncza nitka była za cienka na zimowy sweter. No i nadmienić muszę, że ostatecznie wyszła mi bardziej tunika niż klasyczny sweter. W sumie mi to pasuje, jest klimat z lat 90. czyli jakby nie było, znowu to liceum. Koło się zamyka :)

Postanowiłam być profesjonalna i zrobiłam nawet próbki! Pierwsza na drutach 4, na które się zdecydowałam ostatecznie, druga na 5 - zalecanych przez autora wzoru. Nie wyszło jednak tak jak napisali, co jest moją winą, bo nie uwzględniłam czynnika ludzkiego i swojego nieogarnięcia. Całość przeliczyłam według nieupranej próbki, zapominając, że lekko się "rozlazła" po zblokowaniu. Tym sposobem mam seter XXL zamiast L :)

Największym wyzwaniem był dla mnie raglan. Robiłam go pierwszy raz, używałam znaczników, a i tak mi się wszystko myliło :) Pewnie dlatego, że robiłam wieczorami przy kiepskim oświetleniu. Tak czy inaczej leży bardzo fajnie i nic nie pije w pachy, co jest moją zmorą przy większości ubrań.


Historyczne zdjęcie mnie w całej krasie. Wybaczcie jakość i pozę, jakbym się miała zaraz zacząć kłócić o cenę natki, ale nie ogarniam selfików w lustrze. Pojęcia nie mam jak te gwiazdy to robią. Albo zdjęcie, albo ładny wygląd :) Pomijając moje parę kilo do zrzucenia, sweter leży tak jak chciałam. Podoba mi się też jego oversize.


Chociaż w składzie przeważa wełna, nic nie gryzie, za to solidnie grzeje. A nie zapowiadało się. Przed wypraniem dzianina była zbita i sztywna, bałam się już, że wybrałam zły rozmiar drutów. Na szczęście po wyschnięciu zadziała się magia i sploty stały niemal jedwabiście miękkie.

SZCZEGÓŁY

włóczka: Drops Fabel kolor 604 "widok na morze" (74% wełna, 25% poliamid) 6 motków 50 g - 204 m. Lace Drops kolor 0501 jasny szary - niecałe 3 motki 50 g - 400 m (70% baby alpaka, 30% jedwab) - przerabiane razem.
druty: 4 mm, na ściągacz 3,5 mm.
wzórSkagen by DROPS Design, dostępny tu --> klik
rozmiar: XXL
uwagi: cena materiałów to w moim przypadku około 140 zł, jak na sweter to dużo. Jak na sweter o takim składzie - wcale nie dużo.


Naprawdę spodobało mi się robienie tego swetra i mam ochotę na kolejny, cieńszy. Trochę stopuje mnie cena włóczek, ale z drugiej strony za akrylowy z sieciówki w podobnym fasonie musiałbym zapłacić nie mniejszą sumę. Plusem jest to, że nie ponoszę kosztów robocizny, bo wtedy taki sweter kosztowałby dużo więcej. Nie wiem jak wam się podoba, ale mój mąż uznał, że jakbym się rozmyśliła, to on go będzie nosił :) A to chyba był komplement.

Pozdrawiam ciepło!

poniedziałek, 19 lutego 2018

Subiektywny przegląd preparatów do woskowania nici.

Każda koralikująca osoba wie, jakim koszmarem potrafi być plącząca się, rozdwajająca nić. Fakt, profesjonalne nici przeznaczone do beadingu mają większą wytrzymałość, ale nawet one potrafią napsuć krwi, no i sporo kosztują. Jednak mimo wszystko większość z nas nie ma nawyku kondycjonowania nici woskiem, dlatego chcę wam pokrótce przedstawić kilka dostępnych na rynku preparatów i opowiedzieć o nich. Nie jest to wpis sponsorowany, wszystkie produkty kupiłam za własne fundusze i chociażby dlatego nie będą tu padały nazwy sklepów. Podpowiem tylko, że chociaż sklepy z koralikami są coraz lepiej zaopatrzone, to w niektórych nie uświadczycie wosków do nici. Co zaskakujące, ma je większość pasmanterii, również tych stacjonarnych. 

Większość nici do beadingu ma około 0,3 mm średnicy, jest lekko sztywna dzięki fabrycznemu nawoskowaniu i kosztuje od 5 - 20 zł za około 50 metrów w szpulce. Mimo wysokiego komfortu szycia nimi, coraz więcej osób sięga po nici do szycia tkanin, takie które są na tyle cienkie, by przejść przez igłę do beadingu. Powodem jest atrakcyjna cena i przebogata gama kolorystyczna. Minusem jest ich plątanie się i mechacenie, co często uniemożliwia nawleczenie i dalszą pracę. Poza tym małym felerem, nici takie jak Poly Sheen, Tytan czy Gutermann świetnie sprawdzają się w mojej technice - hafcie koralikowym. Jednak do furii doprowadza mnie to, że w najmniej spodziewanym momencie potrafią się rozkręcić, wystrzępić na końcach, albo magicznie wyhodować supełek w połowie długości. Żeby temu zapobiec lub przynajmniej zminimalizować, przed pracą woskuję nawleczoną nić. Czasami, według potrzeby, powtarzam czynność w trakcie haftowania koralikami.

W swoim przeglądzie wzięłam na tapet cztery preparaty - Thread Heaven, wosk firmy Prym, wosk od Beadalon oraz naturalny wosk pszczeli. Haftując pracę nicią Poly Sheen, postanowiłam każdy nowy odcinek nici (około 90 centymetrowy) woskować innym produktem i notować swoje obserwacje, by móc się nimi z wami podzielić. 

Thread Heaven

To najdroższy preparat z całego dzisiejszego zestawienia. Za pudełeczko wielkości 2 cm na 2 cm zapłaciłam 18 złotych. Marka powstała w USA, niestety, produkcja tego specyfiku została zakończona, jak wynika z informacji zamieszczonych na fanpage'u firmy.

Opakowanie informuje, że jest to produkt konkurencyjny do wosku pszczelego, nietoksyczny, wegański, niezawierający kwasów, hypoalergiczny, nadający się do wszystkich rodzajów nici, które zabezpiecza przed strzępieniem, plątaniem i starzeniem. W środku plastikowego pudełeczka znajduje się gumowata, przezroczysta, bezzapachowa substancja o delikatnej lepkości. Wszystko co trzeba, to przeciągnąć nić między kciukiem a powierzchnią substancji, a następnie zdjąć palcami jej ewentualny nadmiar na nici. 

Moje wrażenia są pozytywne, chociaż na samym początku miałam mieszane uczucia, bo nić była bardzo lepka. Jednak gdy pozwoliłam jej przeschnąć kilka chwil, stała się jedwabiście gładka. Bardzo dobrze pracowało mi się tak przygotowaną nicią. Jednakże preparat nie nadał jej sztywności, wręcz przeciwnie, ale wielkim zaskoczeniem był dla mnie fakt, że nitka nie rozdwoiła się na końcach. Widać, zadziała owa lepkość na początku. 

Podsumowując, Thread Heaven nadaje nici:
  • jedwabistość
  • zapobiega rozdwajaniu
  • nie ma zapachu, ani koloru
  • nić nie plącze się
Nie do końca wiem, jaka to substancja chemiczna (a lubię to wiedzieć), trudno ocenić wydajność, gdyż za krótko go używam, wiele do życzenia pozostawia też cena. Poza tym to bardzo dobry preparat.

Wosk Beadalon

Produkt przychodzi zapakowany w plastikowo-tekturowe opakowanie (które niestety wyrzuciłam). Właściwy preparat, którym jest rafinowany wosk pszczeli w kształcie krążka o średnicy 4 cm, zamknięty jest w otwieranym, plastikowym futerale z otworami ułatwiającymi prowadzenie nici po powierzchni. Krążek jest ruchomy, więc można go obracać, by zużycie było równomierne. Wyjęłam go, żeby bliżej mu się przyjrzeć i mogę powiedzieć, że nie ma zapachu, a w dotyku przypomina mydło glicerynowe. Zapłaciłam za niego 11 złotych, ale można go upolować i za 7 złotych.

Nić sunie gładko po powierzchni i równomiernie pokrywa się woskiem, nadmiar bez problemu zdjęłam palcami. Nic się nie lepi, za to nitka lekko się usztywniła. Minusem jest to, że gdy nić spadła mi przypadkiem z igły, nie mogłam jej ponownie nawlec z powodu postrzępionych końców. Musiałam ją przyciąć.

Podsumowując, wosk Beadalon sprawia, że:
  • nić jest fajnie usztywniona
  • nie lepi się
  • nie plącze
  • niestety strzępi się, jednak w natężeniu dla mnie akceptowalnym.
Atrakcyjna cena i orientacyjna ocena wydajności na bardzo dużą sprawia, że w moim odczuciu, to preparat warty polecenia.

Wosk Prym

Prym, dla niezorientowanych, to marka wiodąca, nomen omen, prym w branży pasmanteryjnej i w pasmanterii właśnie kupiłam swój egzemplarz. Firma założona została w Niemczech, jednak wosk wyprodukowano na Tajwanie.
Poza kolorem absolutnie niczym nie różni się od poprzedniego preparatu. To również krążek wosku o średnicy 4 cm i wadze 10 gramów, oznaczony w specyfikacji jako wosk krawiecki. Zapłaciłam za niego około 12 złotych.

Potraktowania nim nić zachowywała się dokładnie tak samo jak poprzednia. Obawiałam się odrobinę, czy nie zabarwi mi robótki, na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Nić sunęła gładko, nie plątała się, ale lekko postrzępiła. Wosku jest dużo, więc używam go też do innych celów, ostatnio "naprawiłam" nim suwak. ;)

Naturalny wosk pszczeli

Posiadam w swoim warsztacie najprawdziwszy, nieoczyszczony wosk pszczeli o pięknym zapachu. Mój egzemplarz został ręcznie uformowany (przetopiony) i wlany do pojemniczka. Pozdrawiam panią Izę ;) Ale każdy może wykonać podobny lub skorzystać z gotowej świecy. Mam go naprawdę długo, a zużycie jest minimalne. Zapłaciłam za niego około 4 złotych, gdybym pokusiła się o własnoręczne wykonanie, wyszłoby pewnie kilka groszy. Tu mogę poczynić dopisek, że kraj pochodzenia to Polska.

Właściwości wosku zna chyba każdy i jeśli tylko nie przeszkadza mu zapach lub nie jest uczulony na produkty pszczele, to może go używać do kondycjonowania nici. Od razu uprzedzę obawy, nie zauważyłam żeby brudził nić czy robótkę, za to z wszystkich omówionych preparatów, najlepiej usztywnia nić. Nadmiar bardzo łatwo zdjąć palcami, tym łatwiej im są cieplejsze. Minusem jest to, chociaż jak kto lubi, że na opuszkach zostaje cienki woskowy film. Ręce trzeba po prostu umyć, albo wytrzeć w chusteczkę.

Podsumowując, wosk pszczeli sprawia, że nić jest:
  • usztywniona 
  • nie plącze się
  • nie mechaci
  • minimalnie rozdwaja się na końcach

PODSUMOWANIE

Z całego serca zachęcam was do woskowania nici, zwłaszcza tych "niekoralikowych" oraz od czasu do czasu tych profesjonalnych. Nawet Miyuki potrafi się sponiewierać po przejściu przez kilkadziesiąt koralików, a wymienianie jej co chwila na nową, zrujnuje każdego. 

Woski i inne preparaty mają na celu poprawę komfortu pracy i przedłużenie żywotności nici, tę właściwość doceniły krawcowe na całym globie, myślę, że warto się od nich uczyć.

Nie opowiem się jednak jednoznacznie za żadnym z omówionych tu produktów, bo każdy z nich ma swoje zalety i wady, jednak wszystkie dobrze spełniają swoją funkcję. Jednemu będzie odpowiadał Thread Heaven bez względu na cenę, inny wybierze opcję ekonomiczną i sięgnie po naturalną świeczkę. A jeszcze ktoś nie będzie chciał brudzić palców i kupi opcję w podajniku. Każdy z nas jest inny i ma różne potrzeby, i każdy znajdzie coś dla siebie.

***

Dajcie znać w komentarzu, czy mogłam dodać do tego przeglądu coś, co by was interesowało. Pochwalcie się też, czy woskujecie nici.




Nie zgadzam się na rozpowszechnianie tego artykułu bez podania autora i linku do lokalizacji na moim blogu.

poniedziałek, 5 lutego 2018

Key To My Heart, brelok

Tego jeszcze u mnie nie było, ale też nie miałam takiej potrzeby, by posiadać brelok inny niż standardowy. Fakt, nie jest to rozwiązanie idealne, nie to, co na przykład latarka czy otwieracz do kapsli, ale zdecydowanie bardziej kobiece. Czytaj - mało praktyczne, ale ładne. Nie ukrywam, jestem kobietą i czasami mam ochotę na coś błyszczącego i podatnego na zarysowania. Mam więc brelok :)

Mój klucz długo był kawałkiem samotnego metalu, który łatwo zgubić więc nawet go ze sobą nie nosiłam, zresztą nie miałam takiej potrzeby. W domu zawsze ktoś jest. W końcu go "odkopałam" i postanowiłam dorobić towarzystwo.

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Elise - po tuningu, chusta

W zeszłym roku zrobiłam dla siebie chustę. Bardzo spodobała mi się cieniowana włóczka oraz projekt Evana Plevinskiego o wdzięcznej nazwie Elise Shawl (darmowy schemat z Raverly), niestety chusta nie do końca spełniła moje oczekiwania. Włóczka Bajeczna od Vlna-Hep okazała się za mała, a przejście kolorystyczne nie pozwalało na harmonijne dołączenie drugiego motka i dodzierganie na długość. Wyszedłby straszny bajzel. Napisałam wtedy, że producent powinien wprowadzić bobiny w jednym kolorze, by można było kontynuować projekt.
Moje modły chyba zostały wysłuchane, bo kilka miesięcy później na sklepowe półki trafiła włóczka o podobnym składzie (60% bawełny, 40% akrylu), co prawda od innego producenta, ale w  niemal identycznym kolorze!


Najpierw nieśmiało kupiłam tylko jeden motek Whirlette w kolorze 854 Blueberry, no bo jakby nie było 24 złote to trochę dużo. Szybko się okazało, że będę potrzebowała kolejnego. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...