poniedziałek, 19 lutego 2018

Subiektywny przegląd preparatów do woskowania nici.

Każda koralikująca osoba wie, jakim koszmarem potrafi być plącząca się, rozdwajająca nić. Fakt, profesjonalne nici przeznaczone do beadingu mają większą wytrzymałość, ale nawet one potrafią napsuć krwi, no i sporo kosztują. Jednak mimo wszystko większość z nas nie ma nawyku kondycjonowania nici woskiem, dlatego chcę wam pokrótce przedstawić kilka dostępnych na rynku preparatów i opowiedzieć o nich. Nie jest to wpis sponsorowany, wszystkie produkty kupiłam za własne fundusze i chociażby dlatego nie będą tu padały nazwy sklepów. Podpowiem tylko, że chociaż sklepy z koralikami są coraz lepiej zaopatrzone, to w niektórych nie uświadczycie wosków do nici. Co zaskakujące, ma je większość pasmanterii, również tych stacjonarnych. 

Większość nici do beadingu ma około 0,3 mm średnicy, jest lekko sztywna dzięki fabrycznemu nawoskowaniu i kosztuje od 5 - 20 zł za około 50 metrów w szpulce. Mimo wysokiego komfortu szycia nimi, coraz więcej osób sięga po nici do szycia tkanin, takie które są na tyle cienkie, by przejść przez igłę do beadingu. Powodem jest atrakcyjna cena i przebogata gama kolorystyczna. Minusem jest ich plątanie się i mechacenie, co często uniemożliwia nawleczenie i dalszą pracę. Poza tym małym felerem, nici takie jak Poly Sheen, Tytan czy Gutermann świetnie sprawdzają się w mojej technice - hafcie koralikowym. Jednak do furii doprowadza mnie to, że w najmniej spodziewanym momencie potrafią się rozkręcić, wystrzępić na końcach, albo magicznie wyhodować supełek w połowie długości. Żeby temu zapobiec lub przynajmniej zminimalizować, przed pracą woskuję nawleczoną nić. Czasami, według potrzeby, powtarzam czynność w trakcie haftowania koralikami.

W swoim przeglądzie wzięłam na tapet cztery preparaty - Thread Heaven, wosk firmy Prym, wosk od Beadalon oraz naturalny wosk pszczeli. Haftując pracę nicią Poly Sheen, postanowiłam każdy nowy odcinek nici (około 90 centymetrowy) woskować innym produktem i notować swoje obserwacje, by móc się nimi z wami podzielić. 

Thread Heaven

To najdroższy preparat z całego dzisiejszego zestawienia. Za pudełeczko wielkości 2 cm na 2 cm zapłaciłam 18 złotych. Marka powstała w USA, niestety, produkcja tego specyfiku została zakończona, jak wynika z informacji zamieszczonych na fanpage'u firmy.

Opakowanie informuje, że jest to produkt konkurencyjny do wosku pszczelego, nietoksyczny, wegański, niezawierający kwasów, hypoalergiczny, nadający się do wszystkich rodzajów nici, które zabezpiecza przed strzępieniem, plątaniem i starzeniem. W środku plastikowego pudełeczka znajduje się gumowata, przezroczysta, bezzapachowa substancja o delikatnej lepkości. Wszystko co trzeba, to przeciągnąć nić między kciukiem a powierzchnią substancji, a następnie zdjąć palcami jej ewentualny nadmiar na nici. 

Moje wrażenia są pozytywne, chociaż na samym początku miałam mieszane uczucia, bo nić była bardzo lepka. Jednak gdy pozwoliłam jej przeschnąć kilka chwil, stała się jedwabiście gładka. Bardzo dobrze pracowało mi się tak przygotowaną nicią. Jednakże preparat nie nadał jej sztywności, wręcz przeciwnie, ale wielkim zaskoczeniem był dla mnie fakt, że nitka nie rozdwoiła się na końcach. Widać, zadziała owa lepkość na początku. 

Podsumowując, Thread Heaven nadaje nici:
  • jedwabistość
  • zapobiega rozdwajaniu
  • nie ma zapachu, ani koloru
  • nić nie plącze się
Nie do końca wiem, jaka to substancja chemiczna (a lubię to wiedzieć), trudno ocenić wydajność, gdyż za krótko go używam, wiele do życzenia pozostawia też cena. Poza tym to bardzo dobry preparat.

Wosk Beadalon

Produkt przychodzi zapakowany w plastikowo-tekturowe opakowanie (które niestety wyrzuciłam). Właściwy preparat, którym jest rafinowany wosk pszczeli w kształcie krążka o średnicy 4 cm, zamknięty jest w otwieranym, plastikowym futerale z otworami ułatwiającymi prowadzenie nici po powierzchni. Krążek jest ruchomy, więc można go obracać, by zużycie było równomierne. Wyjęłam go, żeby bliżej mu się przyjrzeć i mogę powiedzieć, że nie ma zapachu, a w dotyku przypomina mydło glicerynowe. Zapłaciłam za niego 11 złotych, ale można go upolować i za 7 złotych.

Nić sunie gładko po powierzchni i równomiernie pokrywa się woskiem, nadmiar bez problemu zdjęłam palcami. Nic się nie lepi, za to nitka lekko się usztywniła. Minusem jest to, że gdy nić spadła mi przypadkiem z igły, nie mogłam jej ponownie nawlec z powodu postrzępionych końców. Musiałam ją przyciąć.

Podsumowując, wosk Beadalon sprawia, że:
  • nić jest fajnie usztywniona
  • nie lepi się
  • nie plącze
  • niestety strzępi się, jednak w natężeniu dla mnie akceptowalnym.
Atrakcyjna cena i orientacyjna ocena wydajności na bardzo dużą sprawia, że w moim odczuciu, to preparat warty polecenia.

Wosk Prym

Prym, dla niezorientowanych, to marka wiodąca, nomen omen, prym w branży pasmanteryjnej i w pasmanterii właśnie kupiłam swój egzemplarz. Firma założona została w Niemczech, jednak wosk wyprodukowano na Tajwanie.
Poza kolorem absolutnie niczym nie różni się od poprzedniego preparatu. To również krążek wosku o średnicy 4 cm i wadze 10 gramów, oznaczony w specyfikacji jako wosk krawiecki. Zapłaciłam za niego około 12 złotych.

Potraktowania nim nić zachowywała się dokładnie tak samo jak poprzednia. Obawiałam się odrobinę, czy nie zabarwi mi robótki, na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Nić sunęła gładko, nie plątała się, ale lekko postrzępiła. Wosku jest dużo, więc używam go też do innych celów, ostatnio "naprawiłam" nim suwak. ;)

Naturalny wosk pszczeli

Posiadam w swoim warsztacie najprawdziwszy, nieoczyszczony wosk pszczeli o pięknym zapachu. Mój egzemplarz został ręcznie uformowany (przetopiony) i wlany do pojemniczka. Pozdrawiam panią Izę ;) Ale każdy może wykonać podobny lub skorzystać z gotowej świecy. Mam go naprawdę długo, a zużycie jest minimalne. Zapłaciłam za niego około 4 złotych, gdybym pokusiła się o własnoręczne wykonanie, wyszłoby pewnie kilka groszy. Tu mogę poczynić dopisek, że kraj pochodzenia to Polska.

Właściwości wosku zna chyba każdy i jeśli tylko nie przeszkadza mu zapach lub nie jest uczulony na produkty pszczele, to może go używać do kondycjonowania nici. Od razu uprzedzę obawy, nie zauważyłam żeby brudził nić czy robótkę, za to z wszystkich omówionych preparatów, najlepiej usztywnia nić. Nadmiar bardzo łatwo zdjąć palcami, tym łatwiej im są cieplejsze. Minusem jest to, chociaż jak kto lubi, że na opuszkach zostaje cienki woskowy film. Ręce trzeba po prostu umyć, albo wytrzeć w chusteczkę.

Podsumowując, wosk pszczeli sprawia, że nić jest:
  • usztywniona 
  • nie plącze się
  • nie mechaci
  • minimalnie rozdwaja się na końcach

PODSUMOWANIE

Z całego serca zachęcam was do woskowania nici, zwłaszcza tych "niekoralikowych" oraz od czasu do czasu tych profesjonalnych. Nawet Miyuki potrafi się sponiewierać po przejściu przez kilkadziesiąt koralików, a wymienianie jest co chwila na nową, zrujnuje każdego. 

Woski i inne preparaty mają na celu poprawę komfortu pracy i przedłużenie żywotności nici, tę właściwość doceniły krawcowe na całym globie, myślę, że warto się od nich uczyć.

Nie opowiem się jednak jednoznacznie za żadnym z omówionych tu produktów, bo każdy z nich ma swoje zalety i wady, jednak wszystkie dobrze spełniają swoją funkcję. Jednemu będzie odpowiadał Thread Heaven bez względu na cenę, inny wybierze opcję ekonomiczną i sięgnie po świeczkę. A jeszcze inny nie będzie chciał brudzić palców i kupi opcję w podajniku. Każdy z nas jest inny i ma różne potrzeby, i każdy znajdzie coś dla siebie.

***

Dajcie znać w komentarzu, czy mogłam dodać do tego przeglądu coś, co by was interesowało. Pochwalcie się też, czy woskujecie nici.




Nie zgadzam się na rozpowszechnianie tego artykułu bez podania autora i linku do lokalizacji na moim blogu.

poniedziałek, 5 lutego 2018

Key To My Heart, brelok

Tego jeszcze u mnie nie było, ale też nie miałam takiej potrzeby, by posiadać brelok inny niż standardowy. Fakt, nie jest to rozwiązanie idealne, nie to, co na przykład latarka czy otwieracz do kapsli, ale zdecydowanie bardziej kobiece. Czytaj - mało praktyczne, ale ładne. Nie ukrywam, jestem kobietą i czasami mam ochotę na coś błyszczącego i podatnego na zarysowania. Mam więc brelok :)

Mój klucz długo był kawałkiem samotnego metalu, który łatwo zgubić więc nawet go ze sobą nie nosiłam, zresztą nie miałam takiej potrzeby. W domu zawsze ktoś jest. W końcu go "odkopałam" i postanowiłam dorobić towarzystwo.


Jest nim czerwone serduszko. Jeśli macie ochotę wykonać podobne, odsyłam do mojego tutorialu --> klik Kolor przypadkowo wpisuje się w zbliżające się święto zakochanych, chciałam tylko, by było jaskrawe i łatwe do znalezienia w szpargałach.

Cieniowane jest dla przełamania monotonii i nadania mu odrobiny charakteru. Srebrne elementy dobrałam pod kolor klucza i bazy breloka.

Wystające koraliki na pewno nie sprawdziłyby się u użytkownika płci przeciwnej, wiadomo, oni wszystkim rzucają gdzie popadnie, ja jednak będę obchodzić się z nim, jak na biżuterię przystało.

Tak czy inaczej, mnie się podoba. Sam mechanizm breloka pochodzi z odzysku. Jest solidny i w dobrym stanie i chociaż jego końcówka wyzionęła ducha, nie chciałam wyrzucać wszystkiego. Pierwszy raz wszywałam taki element w haft koralikowy i pewnie mogłabym zrobić to lepiej, najważniejsze jednak, że się trzyma.


Tył podszyłam czerwoną skórą naturalną.
A na koniec zdjęcie w klimacie Walentynek, żeby wszyscy poczuli odrobinę koralikowej miłości. 

Pozdrawiam ciepło!
Dajcie znać, co myślicie o biżuteryjnych breloczkach, Ma być praktycznie, czy tylko ładnie?

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Elise - po tuningu, chusta

W zeszłym roku zrobiłam dla siebie chustę. Bardzo spodobała mi się cieniowana włóczka oraz projekt Evana Plevinskiego o wdzięcznej nazwie Elise Shawl (darmowy schemat z Raverly), niestety chusta nie do końca spełniła moje oczekiwania. Włóczka Bajeczna od Vlna-Hep okazała się za mała, a przejście kolorystyczne nie pozwalało na harmonijne dołączenie drugiego motka i dodzierganie na długość. Wyszedłby straszny bajzel. Napisałam wtedy, że producent powinien wprowadzić bobiny w jednym kolorze, by można było kontynuować projekt.
Moje modły chyba zostały wysłuchane, bo kilka miesięcy później na sklepowe półki trafiła włóczka o podobnym składzie (60% bawełny, 40% akrylu), co prawda od innego producenta, ale w  niemal identycznym kolorze!


Najpierw nieśmiało kupiłam tylko jeden motek Whirlette w kolorze 854 Blueberry, no bo jakby nie było 24 złote to trochę dużo. Szybko się okazało, że będę potrzebowała kolejnego. 

Różnica  w kolorze jest minimalna, a włóczki świetnie się uzupełniają.

No i to co najważniejsze, chusta nareszcie ma taki rozmiar, o jaki mi chodziło.

W dotyku również nie widzę różnicy, mimo że Whirlette ma w składzie ciut więcej bawełny niż Bajeczna i jest nieznacznie grubsza.


Chusta łącznie waży około 400 gramów, nie jest to też dzianina odpowiednia na zimę, bo lekko "chłodzi", ale za to jest tak niesamowicie mięciutka, że i tak noszę ją w chłody :)



SZCZEGÓŁY

włóczka: Bajeczna, kolor 144 - 1 motek 150 g 750 m (50% bawełna, 50% akryl), Whirlette od Sheepjes, kolor 854 Blueberry (60% bawełna, 40% akryl) 2 motki po 100 g i 455 m każdy. 
szydełko: 3 mm
wzór: Evan Plevinski, Elise Shawl, dostępny tu --> klik
wymiary: 220 cm x 110 cm.
uwagi: cena materiałów to w moim przypadku 95 zł, ale można polować na promocje włóczek i wydać znacznie mniej. Ja niestety byłam bardzo niecierpliwa i kupiłam w regularnych cenach;)

PS. Ta patchworkowa kołdra pod szalem na zdjęciach pochodzi z pracowni Creattiva patchwork & quilting Martyny Szymkiewicz --> klik, serdecznie polecam jej produkty, są świetnie wykonane!

Miłego tygodnia!

środa, 3 stycznia 2018

Bailamos, broszka

Witajcie w 2018! Tradycyjnie nie robię postanowień, podsumowań, ani niczego co mogłoby mi popsuć humor ;) Postaram się za to robić swoje i iść do przodu. 

Na pierwszą pracę w nowym roku wybrałam ostatnią ze starego. To broszka z gatunku na ostatnią chwilę, ale na wyjątkową okazję. Przyznam szczerze, że miałam w tym roku ręce pełne roboty przy przygotowywaniu domu na gości. Pranie, sprzątanie i gotowanie, mnóstwo gotowania. Nie miałam w planach koralików, bo byłam święcie przekonana, że ogarnęłam już wszystkie prezenty. No i mnie olśniło, że jednak nie. Bardzo nie lubię się stresować, ale wtedy ogarnęło mnie małe przerażenie, że kompletnie zapomniałam o jednej osobie. Wstyd i hańba, a czasu zero. Burza mózgu (bo mam tylko jeden) i szybka decyzja, robię broszkę. Kit z tym, najwyżej nie będzie umytych okien ;)

Obdarowana to wielka miłośniczka Hiszpanii. Była tam wielokrotnie, tańczy flamenco i zna język, na szczęście lubi też moje projekty. Zrobiłam więc dla niej broszkę w kształcie wachlarza, którego "rączka" będzie podrygiwać podczas tańca.

Martyna lubi niepowtarzalne projekty, dlatego obiecać jej mogę, że taką broszę zrobiłam tylko jedną. 

Mimo napiętego grafiku włożyłam w nią sporo trudu, by była wykonana starannie. Niestety minusem jest to, że zabrakło mi czasu na lepsze zdjęcia. Większość wyszła rozmazana :(

Koraliki to głównie Toho w kilku odcieniach czerwieni, bordowa Preciosa i spora ilość kryształków wszelkiej maści. Dół zwieńcza czarny kryształek w kształcie kropli.

Tył wykończyłam czarną skórą i zapięciem z ogranicznikiem, żeby ozdoba nie odpadła podczas zabawy przy hiszpańskich rytmach.


Broszka przypadła do gustu, chociaż bardzo się obawiałam reakcji, gdyż mój mąż upierał się, że to wypisz wymaluj japoński wachlarz. Gdzie Japonia, a gdzie Hiszpania! Stres był.

Pozdrawiam Was noworocznie.

P.S. Jak Wasze hendmejdowe podarki? Podobały się?

czwartek, 21 grudnia 2017

Heart To Believe, zawieszka

Szczerze, miałam w tym roku zrobić sporo więcej, zarówno w kwestii ozdób jak i świątecznego jedzenia. Niestety jak to zwykle bywa, nie przewidziałam nieprzewidzianego, czyli tzw. złośliwości losu, bo poległam. Poległam dosłownie. Zatrułam się czymś, czyli jak się domyślacie chęci do życia i tworzenia odleciały w siną dal. Fakt, haftowałam sporo, ale nie koralikami ;) 

Mimo wszystko staram się dostrzegać pozytywy najmroczniejszych sytuacji, tak więc cieszę się spadkiem wagi i, co prawda marnej jakości, ale zawsze, odpoczynkiem. Ozdoby powstały więc tylko dwie i żadna nie zostanie ze mną. Nic to, choinka znowu będzie minimalistyczna.

Zawieszka, podobnie jak ta z poprzedniego posta, została wykonana z tego samego szablonu. Zmieniłam jej tylko srebro na złoto i układ koralików wokół rivoli.

Aby uzyskać niebieskie przejście kolorystyczne, użyłam koralików Toho 11o oraz NihBeads i Preciosa.

Kryształki to Fire Polish 3 mm i złote hematyty w kilku rozmiarach.

Całość zawiesiłam na rzemyku i podkleiłam brązową skórą w bardzo pierniczkowym kolorze.

Podobne serduszko możecie wykonać korzystając z mojego tutorialu --> klik


Nie pozostaje mi już nic więcej, jak życzyć wszystkim Wam pięknych Świąt Bożego Narodzenia, radosnych chwil, smacznego jedzenia i przepięknych prezentów, najlepiej koralikowych ;) A gdyby znów miało mnie zatrzymać coś nieprzewidzianego, życzę Wam również udanego Sylwestra i szczęśliwego Nowego Roku.


poniedziałek, 11 grudnia 2017

I Gave You My Heart, zawieszka

Witajcie grudniowo! Chyba jeszcze długo będę zachodzić w głowę, jak to się stało, że mamy już grudzień, a co za tym idzie, niemal święta. Najprawdopodobniej zadziałał jakiś czasoprzyspieszacz. Tak czy inaczej, poza kiszeniem buraków na barszcz, pora najwyższa na ozdoby choinkowe.

Kilka lat temu obiecałam sobie, że co roku wykonam kilka ozdób, by nasza choinka nie świeciła tak gołymi gałęziami. Spowodowane było to głównie utraceniem wszystkich rodowych bombek w przeprowadzce i poniekąd również moją niechęcią do chińszczyzny. Czyli albo porządnie, albo wcale ;) Tym sposobem rozpoczęłam "produkcję" zawieszek wykonanych haftem koralikowym. Być może trąci teraz zuchwałością z mojej strony, ale nie widziałam wcześniej koralikowej biżuterii choinkowej w tej technice, co daje mi dalekie od skromności poczucie bycia prekursorką w tej dziedzinie. Nie przydało to jednak mojej choince ozdób, bo niemal wszystkie rozdaję ;)

Ta również trafiła w dobre ręce pewnej miłej osoby, która stwierdziła, lejąc miód na moje serce, że żal jej tego serduszka wieszać na choinkę i będzie nosiła sama. Tego się nie spodziewałam :)

Ozdoba nie jest duża, więc w sumie czemu nie :)

Do jej wykonania użyłam koralików w rozmiarze głównie 11o (gdzieniegdzie 15o), Nickel od Toho oraz niedających się zidentyfikować po kolorze od Preciosy i NihBeads. Wykorzystałam też kryształek stożkowy typu rivoli i oponki fasetowanych kryształków z Czech, a także bicone. Nośnik to naturalny rzemień skórzany.

Tył podszyłam skórą w jasnym kolorze z perłową poświatą.

W tym roku nie siliłam się na oryginalność i "produkuję" same serduszka, chociaż marzył mi się kolejny dzwoneczek. Niestety kompletnie nie mam na to czasu, a te serduszka nie wymagają wiele wysiłku, jeśli mamy już wybrane koraliki. 

Jeśli macie ochotę wykonać podobne serducho, to znajdziecie na nie mój tutorial na blogu Royal Stone. Wiem, że częściej spotkać można moje aniołki, co jest dla mnie zagadką na miarę fenomenu za krótkiej doby, bo na nie nigdy nie robiłam instrukcji DIY. Na serduszka jak najbardziej, więc hulaj dusza :) A jeśli macie ochotę pochwalić się światu swoimi ozdobami powstałymi na podstawie tutorialu, wyślijcie mi link do swojego wpisu lub zdjęcie pracy. Z wielką przyjemnością opublikuję je na swoich social mediach linkując przy okazji do waszych profili.

Tak czy inaczej u mnie haftuje się kolejne serduszko, tym razem niebieskości z antycznym złotem.

Pozdrawiam przedświątecznie.

wtorek, 28 listopada 2017

Origami Jeż, broszka

Jeżyk jest kolejnym zwierzakiem w mojej coraz większej kolekcji broszek origami. Co prawda to dość zmieniające się liczebnie stadko i czasami się kurczy, bo mam miękkie serce i daję się przekabacić "prosidełkom", by oddać moje twory. Nie ma tego złego, zawsze oddaję w kochające ręce. Chyba by mi serce pękło, gdyby ktoś skrzywdził moją broszkę ;) Jeż jednak zostaje ze mną. Nie prosić, nie robić maślanych oczu, nie oddam.

Chodził za mną ten jeż i chodził, a właściwie tuptał, bo jeże tuptają, tylko nikt nie wie dokąd. Odwieczna zagadka. Nadeszła jednak jesień i czas był najwyższy na jeża.

Bardzo mi zależało, by był zielony, ale nie tak trawiastozielony, świeżo, ale bardziej ponuro, jakby chciał się stopić z mchem i tracącymi barwę liśćmi.

Wykorzystałam w tym celu chyba wszystkie kryształki w odcieniach khaki i oliwek, jakie miałam. Dodałam trochę żółtych (czemu ich tak mało w ofercie), żeby wzmocnić cieniowanie i jest. Mój jeżyk do nowego płaszczyka :)

Tył wybrałam mu kontrastowy, bardzo ciepły. Jasnobrązowa skóra naturalna pasowała tu jak ulał. 

Mam nadzieję, że jeżyk przypadł Wam do gustu. Jeszcze gwoli ścisłości, zrobiłam go w oparciu o tutorial, który stworzył Sergey Yartsev, próbowałam sama złożyć jeża, ale poległam. Może Wy będziecie mieli więcej szczęścia i talentu --> klik Moje wykonanie uwłaczało wszystkim jeżom świata, wolę już haftować koralikami.

Na koniec rodzinna fotka z tymi tworami, które zostały ze mną. Pozostałe w rozjazdach, a wszystkie możecie zobaczyć klikając podświetlone słowa - kurczaczekfoxon boardorigami dove IIorigami magicfunny bunny, butterfly.

To by było na tyle. Pozdrawiam ciepło!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...